20/5 LAT BUDŻETÓW PARTYCYPACYJNYCH (CO NIE ZNACZY, ŻE OBYWATELSKICH)

 

W 1996r. ONZ uznał pomysł partycypacyjnego budżetu, który został wymyślony i po raz pierwszy wdrożony w brazylijskim mieście Porto Alegre, za jeden z 40 najlepszych społecznych projektów realizowanych na świecie. Pomysł przeniesiono do Polski niedawno, w 2011 Sopot wystartował z budżetem partycypacyjnym – nazywając go „obywatelskim” [BO]. Ta, moim zdaniem niefortunna nazwa, przyjęła się dość szybko. Prawie setka różnych jednostek samorządu terytorialnego (w przeważającej mierze są to gminy miejskie) organizuje i nagłaśnia „projekt BO”.

Jaki jest cel BO? Poprawienie demokracji, sprawienie, by obywatele stali się bardziej zaangażowani, solidarni i odpowiedzialni? A może to jedynie moda albo instrument oddziaływania – spektakl, który obmyślono z zamiarem zgromadzenia maksymalnie dużej ilości widzów – potencjalnych, choć dotąd w dużej mierze biernych wyborców?

Obserwacja praktyki i analiza opracowań które pokazują rezultaty badań nad budżetami partycypacyjnymi skłaniają do wniosku, że zaprojektowano je tak, aby ulepszyć codzienność ludzi najmniej zaradnych lub najbiedniejszych (którzy, choć coraz częściej skarżą się na warunki w jakich żyją, są jednocześnie najmniej aktywni politycznie – frekwencja wyborcza ludności najsłabszej  ekonomicznie jest w Polsce prawie dwukrotnie niższa niż grupy najzamożniejszej [zob.:Better Life Index].  Decyzje na temat wyboru drobnych projektów – założenia skweru, placu zabaw czy organizacji święta sąsiada,  najczęściej nie interesują ludzi z tzw. klasy średniej, którzy w dużej części zdążyli już zasiedlić swoje „domki z ogródkiem” i zapewne bardziej troszczą się o terminowe spłacanie zaciągniętego kredytu,  niż o jakość publicznego mieszkalnictwa czy publicznego transportu (z których zazwyczaj nie korzystają). Ot, bliższa ciału koszula…

BO to ‘krótka piłka’. Perspektywa dłuższa niż rok lub szersza niż osiedle/dzielnica,  o strategicznym znaczeniu dla wprowadzania zmian w mieście, zazwyczaj nie jest w BO w ogóle obecna. W żadnym z polskich BO mieszkańcy nie mają możliwości wyjścia poza schemat „logiki projektowej” i współdecydowania o priorytetach rozwoju miasta. Entuzjaści BO argumentują, że  walory: edukacyjny i motywacyjny (do uczestnictwa i angażowania się w zmianę warunków codziennej egzystencji w mieście – przede wszystkim poprzez poprawę drobnej infrastruktury), zdecydowanie przeważają za tym, aby promować BO w formie, jaka się w Polsce przyjęła. Ale co dalej, co z kapitałem aktywności już zgromadzonym? Jakie są szanse na to,  aby BO stały się faktycznie budżetami partycypacyjnymi i czy aby obywatele-mieszczanie faktycznie chcą takiego uczestnictwa?

Jak zauważa w swej analizie W.Kębłowski (→Budżet partycypacyjny_ewaluacja_Instytut Obywatelski), w ramach BO zazwyczaj nie powstają nowe gremia decyzyjne,  otwarte na osoby niezrzeszone, przez co mieszkańcy nie mają dostępu do procesu przygotowania, realizacji i oceny rezultatów BO oraz decydowania o modyfikacjach reguł jego kolejnych edycji. Brazylijski socjolog i historyk Marcelo Kunrath Silva twierdzi, że BO to dobre narzędzie demokratyzacji władzy a jednocześnie kontrolowania społeczeństwa, ponieważ przekazuje przesłanie: masz potrzebę, postulat – zgłoś go w ramach BO, a  jeśli nie zostanie wybrany do realizacji, za rok masz znów szansę, więc nie narzekaj, nie protestuj (i nie zawracaj nam głowy, bo od tego co doskwiera masz BO). Odwieczny problem „krótkiej kołdry” znika, dylemat: zbyt mało środków – zbyt wiele potrzeb, rozwiązuje się sam.  A uwaga publiczności, skupiona jak snop światła na BO, sprawia, że przeznaczenie pozostałych publicznych środków niknie w cieniu, gdzieś na drugim planie. BO to margines – zaledwie 0,002-3,4% budżetu w miastach, które go organizują (ibidem, s.44-5), co niestety w pewnym sensie obrazuje obecne znaczenie pojęcia: obywatelski.